paradoks marionetki

„Paradoks Marionetki. Sprawa Zegarmistrza”

Pozostając pod wpływem…

Niemal zaraz po skończeniu pierwszej części cyklu sięgnęłam po drugą, noszącą tytuł „Sprawa Zegarmistrza”. Martin dostał się do Kolegium Iluzji i Manipulacji. Opiekunem jego roku został nie kto inny jak sam Podróżny, czyli Mortimer Burton, Klucznik Londynu, Mistrz Marionetek, postać wielce osobliwa. Ponieważ to bezpośrednia kontynuacja „Sprawy Klary B.” spotykamy bohaterów z pierwszej części, ale także poznajemy nowych. Po wydarzeniach z pierwszego tomu Canelle znika i ślad po niej ginie. Rozpoczyna się pierwszy rok nauki w Kolegium…

Ponieważ świat stworzony przez Annę Karnicką nie był już dla mnie obcy, ani całkiem nowy poczucie dezorientacji i oszołomienia nadmiarem wiedzy nie spadło na mnie i czytanie tym bardziej było przyjemne.

Zegar w centrum Pragi

Wiedzieliście, że kiedy zegar Orloj się zatrzyma, powstanie uśpiony golem, którego zadaniem będzie chronić żydowskich mieszkańców Pragi? Wokół tej tajemniczej legendy osnuta jest opowieść tej części. Nadal pozostajemy w świecie iluzji, a manipulacja jeszcze silniej i dobitniej jest tu pokazana. Egzamin wstępny był zaledwie początkiem tego, czego oczekiwać się będzie od młodych adeptów.

Starzy i nowi

Nowy rok, nowi znajomi. Martin poznaje kilkoro osób ze swojej grupy. Są ciekawą mieszanką ludzi i demonów. W międzyczasie pojawia się kolejna intrygująca postać, którą jest Kobold, jasnowłosy chłopak o złotych oczach. Pojawia się również wzmianka o dziecku z Trollowego Mostu oraz tajemniczym Zegarmistrzu, który – a jakżeby inaczej – wziął sobie i zniknął, choć są realne przesłanki, że został zwyczajnie uprowadzony.

Rok akademicki też nie mija spokojnie, to w końcu Kolegium Iluzji i Manipulacji. Tam nic nie jest ani proste, ani przyjemne. Śmierć dosięga jedną osobę z roku Martina, a zadaniem grupy jest ustalenie kto jest winny. Zawiązują się sojusze, chociaż tak naprawdę nie wiadomo komu można zaufać.

Martin, bohater, z którym mam chyba pewien problem

Mój problem z Martinem polega na tym, że postrzegam go troszkę jako taką sierotkę losu. Nie zrozumcie mnie źle. To naprawdę fajny, sympatyczny chłopak. Jest słodki, naiwny i wydaje się być na wskroś dobry. Nawet jeśli robi coś niewłaściwego, ma wyrzuty sumienia. Jest prawdziwie dobrym bohaterem. Ale nie potrafi działać sam. Potrzebuje kogoś, kto go poprowadzi, kto go wesprze, kto będzie jego wspólnikiem. Martin zaprzyjaźnia z Freddie, koleżanką z roku. Wiadomo, co dwie głowy to nie jedna, a nawet nie dwie, tylko trzy, bo Kobold naturalnie i szybko zaskarbia sobie sympatię Martina i Freddie.

Zegarmistrz

W „Sprawie Zegarmistrza” dzieje się sporo i szybko. Rzuciłam się w wir czytania, bo jednak po pierwszym tomie polubiłam jego bohaterów i chciałam się dowiedzieć więcej na temat tajemniczego świata Obrzeży i Kolegium i prawdę mówiąc nie od razu załapałam, że tytuł mógłby mi coś zasugerować. Tytułowy Zegarmistrz pojawił się jako wzmianka w rozmowie, tak troszkę ni z gruszki, ni z pietruszki, później zaś okazało się, że jest postacią istotną, bo bez niego zegar Orloj się zatrzyma i zrobi się niewesoło.

Martin usiłuje zrealizować swój własny plan, będący konsekwencją wydarzeń z poprzedniego tomu, co też niekoniecznie idzie mu jak po maśle, bo jednak zmuszony jest brać udział w zajęciach i wydarzeniach w jakie zostaje wplątany na własne życzenie. Gdy zaś przychodzi co do czego… Nie powiem Wam, ale nie dość, że nie dzieje się po myśli Martina, to robi się jeszcze większy galimatias. A ja jeszcze bardziej chciałam rzucić się na kolejny tom.

Akcja, goni akcję

Jak wspomniałam wcześniej dzieje się dużo i w sporym tempie. Są momenty, gdy nie ma kiedy zaczerpnąć tchu, a kartki przewracają się same. Są momenty, gdy czułam zawrót głowy spowodowany wydarzeniami, nie miałam czasu na swoje domysły i analizy, tylko dałam się nieść historii. Uwielbiam książki, które właśnie w taki sposób porywają mnie w swój świat. Uwielbiam być tak uwodzona przez autora (w tym wypadku przez autorkę).

A wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze? Że książka kończy się tak, że im szybciej sięgniecie po kolejny tom, tym szybciej Wasza ciekawość zostanie zaspokojona.

Kilka słów na koniec

Mogłabym się znów przyczepić do braku opisów, książka jest pod tym względem minimalistyczna, co bynajmniej nie jest jej wielką wadą (są osoby, które to lubią), ale nie pogniewałabym się, gdyby było ich troszkę więcej. To tylko moja prywatna uwaga, bo czyta się bardzo szybko. Fantazja i czerpanie z legend są atutami tej książki.

Bohaterowie, zapewne ze względu na ograniczenie stron, dość płytko są scharakteryzowani. Większą ich część znamy z poprzedniego tomu, więc dowiadujemy się o nich trochę więcej, ale postaci w „Paradoksie Marionetki” jest dużo i większość z nich zasługuje, moim zdaniem, na odpowiednie rozbudowanie. Nie zmienia to faktu, że zarówno „Sprawa Klary B.”, jak i „Sprawa Zegarmistrza” to świetne przygodowe urban fantasy i warto po nie sięgnąć.

Niestety, a może stety, jak to z cyklami czasem bywa, tutaj konieczne jest przeczytanie pierwszego tomu, by w pełni rozumieć drugi. Inaczej nie docenicie w odpowiedni sposób zalet utworów Anny Karnickiej.

Moja ocena 8/10.

Tekst: Strefa Booki
Korekta: Ilona Dąbrowska

Spodobała wam się recenzja książki „Paradoks Marionetki. Sprawa Zegarmistrza”? A może wręcz przeciwnie? Podziel się swoją opinią w sekcji komentarzy. 
Zapraszamy również do przeczytania innych recenzji tutaj lub śledzenia najnowszych informacji na naszym fanpage’u.

Podziel się swoją opinią!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone * są wymagane.

Publikując komentarz akceptujesz naszą politykę prywatności dostępną tutaj.

Komentarze: