listy do utraconej

Jej „Listy do utraconej”

Tym co natchnęło mnie do przeczytania książki pt. „Listy do utraconej” nie był jej opis, ani jej okładka (mimo, że jest naprawdę ładna, nie zachęcała do natychmiastowego zakupu tej powieści). Pewna opinia już jakiś czas temu skłoniła mnie by jednak spróbować. Zwlekałam niemożliwie długo, ale gdy nareszcie miałam okazję do jej przeczytania, nie żałowałam sięgnięcia po nią do samego końca i długo po nim.

Pokrótce…

Historia opiera się z początku na znajomości dwóch młodych ludzi, którzy nie znają swojej tożsamości. Declan znajdując list napisany przez Juliet do jej matki, odpisuje na niego. Zapoczątkowuje to ich przyjaźń. Zwierzają się sobie i mówią szczerze o tym co ich dręczy oraz co tak naprawdę myślą. Sytuacja nie jest jednak taka prosta. Zarówno Juliet jak i Declan przeżywają tragiczny okres.

Ich anonimowa rozmowa, była dla nich pewnego rodzaju ucieczką. Świat ich nie rozumiał, ale oni siebie tak.

Poza tym jest coś więcej

Opowieść skupia się nie tylko na relacji między Juliet, a Declanem. Przy obu postaciach istnieją odrębni bohaterowie i ich przeżycia. Wszystkie te historie mieszczą się na około 410 stronach.Sprawy głównych bohaterów nie są takie proste jak były opisane na początku. Jeżeli chodzi o Declana – wraz z następnymi stronami dowiadujemy się powoli prawdy o tym, co tak naprawdę w jego życiu się stało. Siedemnastoletnia Juliet straciła matkę w wypadku samochodowym. Swoją tęsknotę wyrażała w formie listów, które zostawiała na nagrobku zmarłej. W ten sposób jeden z listów znalazł Declan odbywający na cmentarzu prace społeczne. Tak zaczęła się ‘anonimowa znajomość’, która uzależniła ich od siebie.

Cmentarna dziewczyna, czyli Juliet

Pasją dziewczyny jest fotografia, do której ma talent, ale nie jest w stanie go wykorzystać. Dochodzi do wniosku, że nie powinna być fotografem ze względu na swoją matkę. Myśli, że nigdy nie dorówna Zoe (mamie) i zdjęcia, które kiedykolwiek zrobi nie będą “zmieniały świata” tak jak zdjęcia jej matki. Jest zapatrzona w swoją rodzicielkę i nie chce jej zawieść. Nawet jeżeli Zoe nie żyje.

Postać Juliet nie przemówiła do mnie w stu procentach. Polubiłam ją, ale mam wrażenie, że jej osobowości czegoś brakowało. Jakby do całej układanki zabrakło jednego puzzla. Do samego końca się to nie zmieniło i dalej nie jestem pewna co to mogło być.Mimo wszystko, bohaterka wzbogacała całą historię. Nie zepsuła przez to klimatu książki, wręcz dzięki właśnie tej brakującej części, tworzy dobre połączenie z wątkiem Declana – z czego jestem zadowolona. Poruszyło mnie to, w jaki sposób wypowiadała się o matce. Ból i niesamowite cierpienie wręcz wylewały się ze stron książki.

Tak samo miłość do zmarłej matki. Niesamowicie ślepa miłość.

Zoe Rebecca Thorne

Im bardziej się zagłębiałam, tym bardziej zmieniałam zdanie na temat relacji Juliet i Zoe. Czułam, jakby matka wcale nie kochała swojej córki. Zoe miała rodzinę, którą – można powiedzieć – zostawiła dla pracy. Z wypowiedzi Juliet stwierdziłam, że jej matkę obchodziła jedynie kariera zawodowa oraz skupiała się tylko na swoim sukcesie i przeżyciach. Co prawda była niezwykle odważna, ale nie wypełniała roli matki i żony jaką się zadeklarowała wypełniać w momencie ślubu, a potem narodzin dziecka. Może brzmi to surowo i szorstko, ale pozbawiła swojej rodziny bardzo ważnego filaru jakim jest rodzic. Miałam wrażenie, jakby Zoe nie obchodziła jej własna córka. Przynajmniej takie jest moje zdanie.

Mimo to Juliet zdawała się to ignorować i bez względu na wszystko zabiegać o choćby okruchy uwagi ze strony swojej mamy. Nawet tak bardzo mnie to nie dziwi.

Gość od listów, czyli Declan

Siedemnastoletni chłopak, który odpokutowuje pracami społecznymi za swoje dawne błędy, nie potrafi pogodzić się z przeszłością. Wiele rzeczy wydarzyło się w jego życiu, które nie powinny mieć nigdy miejsca. Nie dogaduje się z matką i ojczymem. Każdy uważa go za “tykającą bombę”, jednak w środku jest kompletnie innym człowiekiem. Kompletnie innym niż ta część jego, która jest pokazywana, czy raczej zauważana przez świat.

O jego przeszłości ze wszystkimi szczegółami, dowiadujemy się po przeczytaniu tak naprawdę większości książki. Z czasem z małych urywków dostajemy cały obraz i coraz więcej szczegółów. Właśnie przez to, ten wątek wydawał mi się bardziej rozwinięty, dopracowany i złożony. Cały czas coś się działo.

Tak jak w przypadku Juliet, Declan też ma swoją formę ucieczki i jest również dobry w pewnej dziedzinie. Okazuje się, że słowa są jego mocną stroną. Odnalazł to dzięki wierszom oraz swojej nauczycielce, która nie dawała za wygraną, gdy Declan był uparty i nie chciał jej słuchać. Również dzięki właśnie tym wierszom, wiele do niego dotarło. Znalazł tekst, z którym się utożsamił co dało mu wiele do myślenia.

Podczas narracji Declana można poznać nie tylko jego życiorys, ale również i jego przyjaciela – Reva. Poznajemy go wraz z jego problemami i przeżyciami. Może jego życie nie jest tak wnikliwie rozpatrywane, ale ze względu na bliskość ich przyjaźni, mogliśmy być świadkami przeciwności losów także i jego. To było naprawdę ciekawie zgrane.

Tak się nie dzieje tylko w związku z Revem, ale i z innymi postaciami.

Tym razem o bohaterach drugoplanowych

Czytelnik dostaje w zestawie kolejne historie, które należą tym razem do postaci pobocznych. Naprawdę mi się to spodobało. Dzięki temu można zrozumieć niektóre zachowania lepiej i spojrzeć na daną sytuację z innej perspektywy.

Osobiście moją ulubioną postacią drugoplanową jest Melendez (tak zwany przez Declana Melonhead). Na początku wydaje się być jedynie w tle, ale z czasem się to zmienia.

W pewnym momencie użył ważnego stwierdzenia, które było niezwykle piękne w swojej prostocie. Wtedy właśnie idealnie ujął w słowa, jak to jest chcieć zrobić wszystko dla osoby, którą się prawdziwie kocha. Nie ważne co by to było. Te słowa trafiły do mojego serca.

Ogólne odczucia

Jestem tą książką zachwycona. Nie spodziewałam się czegoś tak wciągającego. Wprost nie mogłam się oderwać. Dzięki krótkim rozdziałom, które były na zmianę prowadzone przez Juliet i Declana, mknęło się przez kolejne strony. Całość jest łatwo przyswajalna, dobrze napisana i z czasem poznajemy coraz więcej szczegółów, co jest według mnie dużym plusem tej książki.

Ogromną zaletą jest również łatwość z jaką autorka przekazuje tyle uczuć czytelnikowi. Wręcz czułam cierpienie, smutek i żal bohaterów. Każda strona była pełna emocji. Prawdopodobnie właśnie to oraz postacie drugoplanowe najbardziej spodobały mi się w tej książce. Każdy bohater miał swoją rolę, może z pozoru niewielką, ale wszystkie miały znaczenie.

Czy poleciłabym tę książkę? Zdecydowanie tak. Jest warta każdej chwili jaką nad nią spędziłam, ponieważ mi również dała trochę do myślenia.

Tekst: Natalia Rogalewska
Korekta: Ilona Dąbrowska

Spodobała wam się recenzja książki „Listy do utraconej”? A może wręcz przeciwnie? Podziel się swoją opinią w sekcji komentarzy. 
Zapraszamy również do przeczytania innych recenzji tutaj lub śledzenia najnowszych informacji na naszym fanpage’u.

Podziel się swoją opinią!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone * są wymagane.

Publikując komentarz akceptujesz naszą politykę prywatności dostępną tutaj.

Komentarze:

Wiejska Biblioteczka pisze:

Brzmi bardzo interesująco. Teraz i ja jestem ciekawa tej powieści.